sobota, 31 grudnia 2016

Na Giewont się patrzy, Barbary Caillot Dubus i Aleksandry Karkowskiej


Po dłuższej przerwie wracam na Podhale. Wracam, chociaż powiedziałam sobie, że już tam nie pojadę, no chyba że poza sezonem ;-) Pakuję skromny bagaż i ruszam, bo wiem, że będę żałować, jeśli nie posłucham teraz tego, o czym pamiętają już tylko „najstarsi górale”. I tak, razem z autorkami kolejnego projektu międzypokoleniowego, ratującego od zapomnienia to, co najbardziej kruche - pamięć, pukam do drzwi przedwojennego pokolenia Podhala, które wciąż pamięta - jak to było wtedy.

Moja babcia zwykła nam powtarzać, zwłaszcza gdy widziała, że czegoś nie szanujemy, że jej pokolenie nie miało tylu rzeczy co my. Te słowa przypomniały mi się podczas czytania tej książki, która pokazuje prawdziwą przepaść jaka dzieli pokolenie obecnych dziadków i ich wnuków. Wrażenie jest tym silniejsze, kiedy uświadamiamy sobie, że przecież minęły raptem dwa, trzy pokolenia a zmieniło się tak wiele. Żyjemy w świecie, gdzie wszystko jest na wyciągnięcie ręki i mało kto zastanawia się już skąd to dobrodziejstwo się bierze. Wystarczy przecież sięgnąć, zamówić (z dowozem), zapłacić (kartą) i gotowe. Wyczynem jest wyrzucenie opakowania czy posprzątanie.

Czy dzisiejsze dzieci mogą jeszcze wyobrazić sobie, że kiedyś, i to wcale nie dawno, dawno temu, chociaż wody w górskich potokach upłynęło pewnie sporo, życie miało zupełnie inny kształt? Do sklepu chodziło się najczęściej po naftę, sól i zapałki, ponieważ były to produkty absolutnie niezbędne w gospodarstwie domowym, zaś w menu przeciętnej rodziny dominowały ziemniaki i kapusta, jabłka były już na przykład wielkim rarytasem. Z kranu nie leciała woda, trzeba było ją przynieść ze studni; po drzewo też trzeba było iść lasu i dopiero wtedy w domu robiło się ciepło. Czytało się w świetle lampy naftowej albo przy świetle księżyca; oszczędności i zaciskanie pasa były na porządku dziennym. Nie było wygód, kręcenia nosem i niezadowolenia; w domach były dwie izby, pierzyna była dzielona na dwoje, spało się na ziemi. Warunki domowe były skromne, w chacie, obok ludzi grzały się zwierzęta, czasem w pościeli można było znaleźć jajko. Zabawki, jeśli były, to własnej roboty, pamiętało je się przez całe życie. Dzieci wychowywało się surowo, bez większej taryfy ulgowej, często pracowały na równi z dorosłymi, od maleńkości przyzwyczajane do ciężkiej pracy i hartowania charakteru. W tym świecie „na wzgórzu, za potokiem, przy kapliczce”, wśród zapierających dech skalistych krajobrazów, „nikt „nie miał pretensji do nikogo, bo i o co”. Ludzie cieszyli się, bawili, czerpali radość z codzienności, z tradycji, z obrzędów, nie wybrzydzając, biorąc życie takie jakie jest.

Dwie rzeczy jeszcze długo "chodziły za mną" po przeczytaniu tej książki. Po pierwsze portrety tamtych dzieci dzisiaj – już jako dziadków i babć. Ujął mnie spokój wypisany na ich twarzach, wszechobecny uśmiech, pogoda ducha, siła i jeszcze to zamyślenie w oczach, jakby jeszcze raz, przez te opowieści udało im się wrócić do magicznej krainy swojego dzieciństwa. Po drugie pomyślałam sobie, że czas zaciera wiele rzeczy; w końcu nawet zdjęcia blakną, niszczeją, zamazują się, z czasem trudno nawet powiedzieć co i kogo przedstawiają. Żeby pozbierać te wszystkie okruchy potrzebna jest pamięć, przekazywana kolejnym pokoleniom, żywe słowo, które zadziwia, ciekawi, pozwala znaleźć w tym sens i głębię. To wszystko jest w tej książce.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję :)