czwartek, 11 grudnia 2014

Wigilia Małgorzaty, India Desjardins



„Wigilia Małgorzaty” powędrowała w tym roku do mikołajkowego buta dziesięciolatki. To już chyba u nas tradycja, że Święty Mikołaj zostawia w butach dzieci świąteczną albo zimową książkę. Ja sama, korzystając z przywileju znajomości ze Świętym, przeczytałam ją nieco wcześniej, czas więc napisać choć słówko, zwłaszcza, że dni na naszym adwentowym kalendarzu, odmierzające czas do Wigilii, topnieją jak pierwszy śnieg za oknem.

Pierwsze pytanie, dla kogo jest przeznaczona ta książka. Dla starszych dzieci, ale chyba przede wszystkim dla nas, rodziców, może też dziadków. Główna bohaterka, Małgorzata, jest wiekową staruszką, która wprawdzie jest wciąż „na chodzie”, ale coraz bardziej odczuwa upływ czasu. Jej mąż nie żyje, wielu znajomych odeszło. Dzieci Małgorzaty - jak to dzieci -  prowadzą własne życie. Małgorzata nie chce im przeszkadzać. Mieszka sama, w dużym, piętrowym domu, z którego już nie wychodzi. W jego środku czuje się bezpiecznie, tu nic jej nie grozi, nawet upadek - wykluczyła go nosząc specjalne, antypoślizgowe kapcie. Jeszcze niedawno jej dom tętnił życiem, ale od pewnego czasu wszystko się zmieniło, Małgorzata żyje w przemyślany, ostrożny sposób. Bez kontaktów ze światem „na zewnątrz”, bez niespodzianek. Raz w tygodniu przychodzi fryzjerka i myje jej włosy, sprzątaczka ogarnia dom, a pielęgniarka wpada zmierzyć ciśnienie. Od czasu do czasu zabrzęczy telefon od dzieci, a uprzejmy sąsiad odgarnie śnieg z podjazdu. To wystarczy.

W domu Małgorzaty, bo śmiem twierdzić, że on też jest bohaterem tej opowieści, wszystko ma swoje miejsce. Jest przestrzennie, czysto, sterylnie. Każda rzecz jest odłożona tam, gdzie być powinna. Na pustym, kuchennym blacie w perfekcyjnie urządzonej kuchni – ani jednego okruszka. Nawet jedzenie, dostarczane przez firmę kateringową, wydaje się niekłopotliwe, jak posiłek serwowany w samolocie, którym nawet za bardzo nie można się pobrudzić. Małgorzata nie chce martwić swoich dzieci, nie chce przelewać na nie swoich trosk. I tak jest dobrze. Żyje, obserwuje świat za oknem, ale w nim nie uczestniczy. Wieczorem zaciąga zasłony, jeszcze staranniej odgradza się od wzroku sąsiadów. Małgorzata żyje, ale trochę jakby już nie żyła, w domu, który przypomina grobowiec. Aż do pewnego wigilijnego wieczoru, kiedy rozlega się pukanie do drzwi. I wszystko się zmienia.

Drobiazgi, niuanse dotyczące samej Małgorzaty wychwyci w pełni czytelnik dorosły. Może dlatego, że wielu z nas jest do niej trochę podobnych. To bolesna prawda, ale może potrzebna. Małgorzata tkwi w swoim domu niczym w szklanej kuli, na zewnątrz której może nastrojowo pada śnieg i wszystko jest takie, jak być powinno, ale do której środka nie docierają już żadne dźwięki. Jeszcze nigdy ilustracje nie przemawiały do mnie z taką siłą. Te puste, wysokie pokoje. Nawet kabel od telefonu, rozciągnięty na całą długość holu aż do drzwi wejściowych, za którymi stoi ktoś, kto prosi o pomoc. Łańcuszek na drzwiach, który blokuje dostęp, znad ktorego prowadzi się rozmowę. Patrzymy i wiemy wszystko. Porządek narusza tu wtargnięcie obcych - mokre plamy na podłodze po śniegu strzepniętym z płaszcza, ręcznik, ktorego ktoś nie podniósł. Wazon - rozkołysany na komodzie.

Ile trzeba by zachwiać naszym światem w posadach? By nami potrząsnąć? Czasem musi się coś wydarzyć. Czasem wolimy o pewnych rzeczach nie pamiętać, bo tak jest wygodniej, łatwiej, wolimy schować się, wykręcić wiekiem. A czasem wystarczy tak zwyczajnie założyć buty, płaszcz i wyjść, zanim śnieg w szklanej kuli zasypie wszystko na dobre. Piękna książka – na święta i na każdy inny czas w roku.

Dwie Siostry, Warszawa 2014
Ilustracje Pascal Blanchet




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję :)