środa, 17 grudnia 2014

Prezent dla Cebulki, Frida Nilsson


Wydawnictwo Zakamarki zaczyna przyzwyczajać nas do swoich książek w formie kalendarzy adwentowych, które kupuje się na początku grudnia i czyta wspólnie kawałek po kawałku aż do świąt. Niestety, tego kalendarza nie udało nam się przeczytać po rozdziale na każdy dzień, pochłonęliśmy go w kilka dni. Ale i trudno nam było się od niego oderwać.

„Prezent dla Cebulki” to opowieść, która uświadamia nam, że wszyscy na coś czekamy, że każdy ma jakieś marzenie, jakiś wymarzony prezent, który chciałby dostać. Ale marzenia czasem bywają trudne, wręcz niemożliwe do spełnienia. Bohater książki, Stig, którego mama nazywa pieszczotliwie Cebulką, ma dwa marzenia. Chciałby poznać swojego tatę, o którym wie, że mieszka w Sztokholmie i dostać rower. To trudny orzech do zgryzienia dla jego mamy. Mama tak naprawdę nie wie, gdzie mieszka tata chłopca, zresztą nigdy nie chciała go odszukać; karteczka z jego numerem telefonu powędrowała do kosza, kiedy tylko mama zrozumiała, że ten mężczyzna nie jest dla niej kimś ważnym. No i zanim okazało się, że jest w ciąży, ale i wtedy pragnęła tylko Cebulki. Co do roweru – mamy nie jest na niego stać.

Akcja książki, mimo że rozgrywa się w okresie przedświątecznym, jest mocno osadzona w rzeczywistości, w tym, co zupełnie przyziemne. Świąteczne elementy, takie jak przygotowania do występów z okazji dnia Świętej Łucji, szycie kostiumów, szukanie odpowiedniego prezentu, to tak naprawdę akcenty, tło. Na pierwszy plan wysuwa się tu proza życia, z którą trzeba się zmagać, dotyczy to też dzieci, które mają swoje zmartwienia. A w życiu Cebulki wiele się dzieje. Te wszystkie tony brzmią znajomo, kiedy przypomnimy sobie poprzednią książkę Fridy Nilsson. Samotne rodzicielstwo, problemy finansowe rodziny, psujący się samochód, konflikty w grupie rówieśników, przykrości, jakie wyświadczają sobie dzieci, poczucie niesprawiedliwości, nierówności to tylko kilka przykładów na to jak życie potrafi dać nam czasem w kość.

Próżno szukać w tej historii motywów z poprzedniego kalendarza, tego z zeszłego roku. Druga strona lustra nie kryje tu baśniowego wymiaru. Nawet Święty Mikołaj nie dotarł jeszcze do Kilsmo. Życie bohaterów przypomina trochę grudniowy dzień, pochmurny, jeśli nie ciemny, pozbawiony odrobiny śniegu, który przykryłby białym puchem te wszystkie szarości. Kiedy nie ma śniegu, wszystko jakoś bardziej uwiera.

Myślę, że autorka Mamy Gorylicy nie byłaby sobą, gdyby w tej mizerii i trudach nie szukała odrobiny światła. Bo życie jest pełne niespodzianek, małych darów od losu, których się nie spodziewamy. Wbrew pozorom te niespodzianki kryją się w tej samej, przykrej czasem codzienności. I może dlatego warto marzyć, bo marzenia się spełniają, choć czasem inaczej niż tego na początku chcieliśmy; inaczej - nie gorzej. A najbardziej zadziwiające jest to, że nie potrzeba do tego świątecznego cudu, magii. Może bardziej tego, co leży w nas samych, w relacjach między ludźmi, w życzliwości, zrozumieniu, bliskości, otwartości na innych, wsparciu, obecności. Nie zdradzę chyba zakończenia, jeśli powiem, że Cebulka zostanie obdarowany, może nawet bardziej niż się tego spodziewał. Tak kończą się dobre historie. Ale w końcu kto inny potrafi wziąć Hekto na ręce i kto tak wiele się nauczył?

Wydawnictwo Zakamarki 2014
Ilustracje Maria Nilsson Thore


4 komentarze:

  1. Myślę, że przeczytamy tę książkę dopiero po świętach. Zarezerwowałam ją w bibliotece, ale raczej przed świętami aktualny czytelnik nie zwróci, a szkoda. Jestem bardzo ciekawa tej opowieści i niemal pewna, że nam się spodoba:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa Twoich wrażeń. Prawdę mówiąc nie spodziewałam sie, że przeczytamy ją w tym Adwencie, stanowczo zbyt późno trafiła do sprzedaży, ale ostatecznie udało się zacząć szóstego grudnia :-)

      Usuń
  2. Ja ją kupię jak najszybciej, ale synek dostanie ją dopiero za rok :))) Ale wiem, że ja ją przeczytam dużo wcześniej ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję :)