poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Apetyt na Wietnam. Nem, Anna Nowacka-Devillard, il. Anna Orbaczewska


Sierpień minął nam pod znakiem chorób. To bardzo przykre chorować latem i zamiast wylegiwać się na plaży, leżeć w łóżku z ręcznikiem na rozpalonym czole. Bywa i tak. Na przekór kończącym się wakacjom, kompletując ciepłe ubrania i szkolne wyprawki dzieci, postanawiam odbyć jeszcze jedną podróż. A co tam, mogę chyba pozwolić sobie na takie szaleństwo. Bilety, czeki podróżne – w tym przypadku zbędne. Plecak – spakowany w myślach. Kierunek: Wietnam.

Podróżowanie z książką ma tę zaletę, że nie trzeba wychodzić z domu, nie trzeba nawet wychodzić z łóżka i żadne chorowanie nie jest w stanie pokrzyżować planów. A ponieważ mój apetyt na poznawanie świata i jego zakątków nie mija, wiem, że czeka mnie coś, co bardzo lubię, wyprawa śladami smaków, zapachów, kolorów, dźwięków. Wystarczy spojrzeć na okładkę, by oczyma wyobraźni zobaczyć mały kawałek Wietnamu, rozległe, podmokłe, soczyście zielone pola ryżowe. A przecież to dopiero początek, przystawka, zawarta także w tytule obietnica wyprawy przez miejsca pełne smaków. Czy tylko mnie trudno oprzeć się nem, czyli po naszemu sajgonkom? Okazuje się, że nie, że chrapkę na nie miał też pewien leniwy bawół z opowieści dziadka...

Kiedy czytam tego typu książki, które opowiadają o miejscach trochę poza głównymi szlakami turystycznymi, zawsze zastanawiam się jak żyje się w „tamtej” części świata, jak żyje się w Wietnamie. Myślę, że aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw usłyszeć w sobie zgiełk ulicy, po której jeżdżą załadowane ułożonymi piętrowo pakunkami rowery, wyobrazić sobie targ, na którym można kupić wróżbę, z której następnie można wyczytać przyszłość, poczuć pod palcami  miękki dotyk jedwabiu, z którego szyje się tradycyjne stroje w czerwonym i różowym kolorze, który według Wietnamczyków przynosi szczęście. 

A potem okazuje się, że żyje się tam bardzo podobnie jak u nas i wszystko jest całkiem zwyczajne, choć inne, bardziej egzotyczne, a dzieci tak w Polsce jak w Wietnamie piszą maile, chodzą do szkoły (choć ten dostęp bywa często utrudniony, jeśli muszą pomagać na gospodarstwie), a ich rodzice dbają, by nie zaniedbywały swojej edukacji. Piękny i jakże fascynujący jest ten świat pełen opowieści, przysłów, mądrości ludowych, które pozostają żywe w codziennym języku, gdzie każde imię coś oznacza.

W książce, podobnie jak we wcześniejszych częściach serii, nie brak "kawałka stołu", miejsca, na którym mali czytelnicy mogą przeprowadzać własne interaktywne działania, rysować, bawić się językiem, słowem, a we własnej kuchni odtwarzać wietnamskie przepisy. 

Czekam na kolejną podróż tropem smaków i odległych miejsc. Ciekawe dokąd uda się nam dotrzeć następnym razem.

Wydawnictwo Widnokrąg, Piaseczno 2014
Wydanie II, poprawione
Ilustracje: Anna Orbaczewska

  

2 komentarze:

  1. To już kolejne miejsce w sieci, gdzie spotykam tę książkę, Jestem jej ciekawa i ze względu na treść i ilustracje. Już sama okładka - taka soczysta - zachęca do sięgnięcia po tę lekturę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem warto. W ogóle podoba mi się ta seria (choć akurat Tadżinu jeszcze nie znamy), ponieważ opisuje miejsca, do których sami prawdopodobnie nigdy się nie wybierzemy. To takie podróże z serii palcem po mapie, prawdziwe podróże marzeń, świetnie, że można je przyżyć dzięki książce.

    Pozdrawiam, miłej niedzieli:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję :)