sobota, 8 lutego 2014

Piecyk, czapeczka i budyń, Anny Onichimowskiej


Tegoroczne ferie bardziej przypominają wiosenne niż zimowe. Słońce przegląda się w kałużach, na termometrze dobrze powyżej zera, kusi, by zdjąć czapkę, rozpiąć płaszcz, poluźnić szalik. Kilka dni śniegu i chłodu, które mieliśmy, pozwoliły zatęsknić za prawdziwą zimą, którą mogę poczuć tylko w górach, taką z gęstym śniegiem, przez który brnie się w nieskończoność, tęgim mrozem, który szczypie policzki, kiedy wszystko w człowieku woła o koc, termofor, gorącą herbatę z imbirem i ciepłe słowa, których nigdy za wiele. Takie jak "piecyk, czapeczka i budyń" z książki Anny Onichimowskiej.

Na szczycie lodowej skały, w białym zamku mieszka Wielki Troll, któremu brakuje kontaktu z sąsiadami. Troll postanawia to zmienić i przełamać barierę językową, która uniemożliwia porozumienie, w tym celu wynajmuje nauczyciela, który ma go nauczyć języka Pufków, mieszkających sobie w małym domku z kominem. Ale nie poprzestaje tylko na tym, na własną rękę, przeglądając strony internetowe, próbuje się dowiedzieć, co lubią jego sąsiedzi, niestety komputer nie jest pomocny w tym zakresie, niezbędna jest osobista znajomość. Troll zapełnia swoją spiżarnię różnymi przysmakami, na wypadek odwiedzin. Tymczasem mały Pufek, który jak każde dziecko na świecie kocha zimę i wyprawy w nieznane w poszukiwaniu ciekawych śladów, które można pozbierać do kolekcji, natrafia na wielki odcisk trollowej stopy. Jego wyobrażenia o trollach nie są najsympatyczniejsze... Niebawem bohaterowie spotykają się.

To jedna z najładniejszych książek o zimie, na jakie trafiliśmy, ze śniegiem na całej połaci, białym, aż po horyzont, metaforyczna, poetycka, w której nawet sny wydobywają się kominem i można je zobaczyć. To opowieść o potrzebie przyjaźni i kontaktu z innymi, o przełamywaniu lodów, na przekór panującej zimie, o szukaniu porozumienia i topieniu starych uprzedzeń. Ta zimowa, otulona kołderką białego puchu opowieść zwraca uwagę na język, którym się posługujemy, na słowa, których używamy, które rozgrzewają i ocieplają, nie tylko skojarzeniami. Spotkanie z drugim człowiekiem (a czasem Pufkiem albo trollem) zawsze jest początkiem czegoś nowego, co można robić razem, okazją do zejścia ze swojego szczytu, ze swojej lodowej skały, trochę niżej...

Wydawnictwo EZOP, Warszawa 2009
Ilustracje Agata Dudek 


... a tu kolejne, sympatyczne, książkowe biureczko:


...oraz herbatka dla zmarźlaków na rozgrzewkę:


4 komentarze:

  1. U nas ferie zimowe jeszcze przed nami. Ale wszystko wskazuje, że też będą raczej... wiosenne. Ja się akurat cieszę, bo spacery z Sadzonką na plac zabaw są przyjemniejsze, gdy wózek nie grzęźnie w śniegu, rękawiczki nie spadają z rąk (tych małych jakoś nigdy nie chcą się trzymać), a katar nie cieknie z nosa. Chyba mam już dosyć zimy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak. Ja się w sumie nie nacieszyłam tą zimą, a lubię sanki z dziećmi i zabawy na świeżym powietrzu. Ale te jasne poranki i więcej słońca bardzo mnie cieszą, nie powiem. Zastanawiam się, czy zima powiedziała już ostatnie słowo.

      Pozdrawiam znad ciepłej herbatki, ale w wiosennym duchu:)

      Usuń
    2. My ciągle narzekamy na brak miejsca do zimowej rekreacji. Równina Mazowiecka nie obfituje w górki do zjeżdżania na sankach, niestety. ;) Na dystans spacerowy nie ma żadnego wzniesienia, które nadawałoby się choćby do krótkiego zjazdu. Stąd my też nie nacieszyliśmy się śniegiem. Do tego doszły choroby i brak sanek z oparciem dla Sadzonki. Najstarsza jedzie na obóz narciarski. Może przynajmniej ona jeszcze skorzysta z zimy.

      Usuń
    3. U nas trochę górek jest, miejsca do spacerów z saniami też, poza tym dwa kroki i jesteśmy praktycznie na wsi, gdzie hulaj dusza. Tylko jabłuszek nie zdążyliśmy w tym roku kupić, wstrzymywał nas właśnie brak śniegu.

      Miłych ferii!

      Usuń

Dziękuję :)