piątek, 10 stycznia 2014

Hilda i troll, Luke Pearson


Na początku była… okładka. Okładka - rzecz niby oczywista, bo bez okładki nie ma książki, ale ta okładka podoba mi się szczególnie, od rozpakowania przesyłki, od dotknięcia, od spojrzenia. Jest ładna, przemyślana, dopracowana w każdym calu. Stanowi zachętę i integralną część książki. Podoba mi się w niej wszystko - płócienny grzbiet, wzorki, kolorki, aż po strugi deszczu, który można poczuć pod palcami na ostatniej stronie. A to dopiero zaproszenie do poznania Hildy i jej przygód.

Hilda jest małą dziewczynką i nieustraszonym „łowcą przygód”. I nie są to zwykłe przygody, o nie. Hilda lubi nocować pod namiotem, kiedy na dworze pada deszcz, przed którym chroni ją tylko warstwa topiku i ciepły koc, którym się szczelnie owija. Nie ma to jak d(r)eszczyk emocji. Ale Hilda nie jest sama, zawsze może liczyć na towarzystwo wiernego przyjaciela, Rożka. Spanie pod namiotem w deszczowa noc to nie wszystko. Hilda uwielbia poznawać swoje otoczenie, okolicę, zainspirowana tym, co aktualnie czyta (czasem nie do końca uwążnie, lub pobieżnie, co może okazać się wielkim błędem). Zaopatrzona w notatnik do szkicowania dziewczynka rusza na spotkanie z nieznanym. A to dopiero początek jej przygód.

Odnalazłam w Hildzie to, co strasznie podoba mi się w książce dla dzieci, bo na chwilę przeniosłam się do tamtego świata i trudno było mi z niego wrócić. Obudziły się we mnie wspomnienia moich własnych fascynacji komiksami. A więc książka jest niezwykła, od samej okładki, ale to już wiecie. Do książki dołączona jest mapka i to też jest jej wielka zaleta, ponieważ patrząc na nią szybko możemy się zorientować, gdzie rozgrywa się akcja i jak wygląda okolica, w której mieszka Hilda, gdzie jest na dom, czyli punkt startowy do wypadów w nieznane i inne miejsca. Ten świat rozciągający się dookoła przypomina mi trochę prerię, z czym pięknie współgrają użyte przy tworzeniu ilustracji kolory, jakby żywcem wyjęte z wnętrza indiańskiego tipi. Kojarzy mi się jeszcze z życiem pierwszych osadników, choć jest to pozorne, bo wszystko jest całkiem współczesne, taka też jest Hilda i jej mama, przyglądająca się poczynaniom córki znad swojej deski do rysowania.


Podczas czytania zostałam kilka razy fajnie zaskoczona przez autora i jak Hilda poczułam na sobie mały dreszczyk. Bo jest tu i nieco dziwny przyjaciel domu (na szczęście stosunkowo oswojony i jeszcze pomocny), i ogromny troll (chyba niezbyt oswojony), i ten dzwoniący w uszach dzwoneczek, nieopatrznie powieszony na trollowym nosie, i ciemności, które może rozproszyć tylko ciepło – w tym miejscu użyję określenia, które bardzo mi tu pasuje - ciepło domowego ogniska. Czyli to miejsce, gdzie kończą i zaczynają się wszystkie przygody. No, ale spójrzcie sami na biurko Hildy. Prawda, że mówi samo za siebie?


Renesans komiksu trwa. Nie mogę się już doczekać kolejnej części Hildy.

Wydawnictwo Centrala - mądre komiksy, 2013


4 komentarze:

  1. Nie słyszałam o Hildzie, może dlatego, że jestem na bakier z komiksami. Czas to zmienić i zapoznać młodszą córkę z tą formą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wychowałam się na komiksach - Kokosze, Tytusy i Kleksy, to w dużym skrócie "moje komiksy". Potem z nich "wyrosłam". I znowu wróciłam, kiedy pojawiła się "Marzi". A teraz jeszcze ta Hilda... Spróbujcie, warto.

      Usuń
    2. Biurko Hildy przypomina biurko mojej 8latki :)

      Usuń
    3. U nas dziewięciolatki. Ilość karteczek i drobiazgów sprawia, że mam ochotę się pod nie schować, ale jej zupełnie przeszkadza w ogarnianiu świata;)

      Usuń

Dziękuję :)