środa, 27 listopada 2013

Wszystkie moje mamy, Renaty Piątkowskiej



„Pana Szymona Baumana codziennie można spotkać w parku. W długim płaszczu i czarnym kapeluszu spaceruje asfaltowymi alejkami, a potem zmęczony siada na ławce. Może tak siedzieć godzinami. Ma przymknięte oczy i wygląda, jakby drzemał. Ale on nie śpi i chyba nikt z was nie zgadłby, o czym wtedy myśli.” 

Zanim Szymek został staruszkiem, był małym chłopcem. Dawno temu, zanim wybuchła wojna, bawił się i wspinał na drzewa. Jego sznurówki plątały się, kiedy gonił z Dawidem po podwórku. Ale kto by się nimi przejmował, kiedy pod śmietnikiem trwał w najlepsze ostrzał i można było zostać rannym. Na szczęście za dzielność zawsze przysługiwały medale, zrobione z pazłotek po chanukowych pieniążkach z czekolady. Z gałązi drzewa rozpościerał się doskonały widok na okolicę i można było stamtąd obserwować, czy wojna, o której rozmawiali dorośli, już nadeszła. „Ale kiedy wybuchła, na nic zdały się nasze drewniane karabiny, ogryzki i punkt obserwacyjny na drzewie”. 

Wydawnictwo Literatura znowu opowiada o wojnie. Początek tych książek jest często podobny, pokazuje życie na chwilę przed. Przed tym dniem, kiedy wszystko się zmieniło i przyszła wojna. Muszę przyznać, że przy całym smutku, który moje dzieci odczuwają podczas lektury książek, nawiązujących do tamtych czasów, te historie wciąż są nam potrzebne, lubimy ich słuchać. Pewnie dlatego, że przypominają trochę opowieści naszych dziadków, którzy pamiętają tamte czasy i czasem je wspominają. Tych opowieści chce się słuchać, choć czasem skóra cierpnie na grzbiecie. 

Najbardziej zaskakujące w wojnie jest to, jak bardzo potrafi zmienić codzienne życie i perspektywę patrzenia na różne sprawy. Ciemna piwnica staje się bezpieczną kryjówką przed bombardowaniami, garstka ryżu otrzymuje status sycącego posiłku (często jedynego w ciągu dnia), a zwisający z łóżka koniec warkocza to koniec wszystkiego. Szymek szybko przekonuje się, że życie w getcie to nie zabawa, choć sypiący się z sufitu tynk przypomina mąkę, a zrobiona z gliny figurka pozwala wierzyć, że ktoś jest w stanie stanąć w obronie, "przegonić wszystkich Niemców w czarnych buciorach. Rozdeptać ich motory i ciężarówki, pozrzucać z nieba te okropne samoloty i uwolnić tatę z obozu." Mama chłopca nie ma wątpliwości, że zostało niewiele czasu. Wtedy na horyzoncie pojawia się siostra Jolanta, „wielka jak chodząca szafa”.

Trudno uwierzyć, że o istnieniu Ireny Sendlerowej, odnaczonej medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, długo niewiele wiedziano. Zmieniło się to w 1999 roku wraz z wystawieniem sztuki "Życie w słoiku" przez czwórkę amerykańskich uczennic. Renata Piątkowska także nie pozwala nam o niej zapomnieć. Historia zakopanego pod jabłonią słoika, w którym schowano dwa i pół tysiąca karteczek, będących świadectwem wyprowadzonych z getta dzieci i kluczem do zachowania ich tożsamości, budzi podziw i szacunek. Bez odwagi i determinacji, którą miała w sobie pani Irena, opowieść o Szymku miałaby prawdopodobnie inne zakończenie. 

Pojawienie się siostry Jolanty, pracownicy pomocy społecznej, posiadającej przepustkę pozwalającą na swobodne przekraczanie bram getta, staje się szansą na przeżycie i ucieczkę. Szymek dostaje nowe nazwisko i zostaje wywieziony. Po drugiej stronie getta rozpoczyna nowe życie, wędrówkę od rodziny do rodziny i po "wszystkich swoich mamach", dzięki którym cały plan mógł się udać. Bo takich osób, jak Irena Sendlerowa, było na szczęście więcej, choć o wielu z nich pewnie nigdy się nie dowiemy. Czas wciąż zaciera ślady...

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2013
Ilustracje Maciej Szymanowicz

2 komentarze:

Dziękuję :)