czwartek, 18 lipca 2013

Świat Astrid Lindgren


Poznajecie ten pokój? Jest pusty, bo jego właścicielka zapewne wyjechała na wakacje... A może pobiegła wypróbować porządny rower? Nie trójkołowy, który stoi na trawniku przed żółtym domem na ulicy Awanturników, ale prawdziwy rower, który znajduje się w szopie cioci Berg. W tym pokoju zdarzyła się też historia z nożyczkami i drapiącym sweterkiem. A piętro niżej, w kuchni, na Lottę czekała filiżanka kakao. 


Zaczęłam od Lotty, bo wiele się u nas od niej zaczęło, nie tylko zamiłowanie do dwóch kółek. Dziś mam zaproszenie do parku i od razu napiszę, że rzadko zdarza mi się znaleźć park rozrywki dla dzieci, który tak w stu procentach odpowiadałby moim oczekiwaniom. Czasami jest tak, że ma być „tematycznie", a na miejscu ukazuje się, że jest „wszystko i nic”. W przypadku Świata Astrid Lindgren w Vimmerby jest trochę inaczej, bo jest tematycznie, spójnie i bardzo estetycznie, chociaż bilet wstępu był chyba najdroższym biletem, który do tej pory zapłaciłam za tego typu rodzinną przyjemność. Ale było warto! Organizatorzy parku zadbali o wszystko i wypełnili nasz czas do ostatniej minuty pobytu. Piszę "wypełnili", choć to nie jest do końca prawda, ponieważ to zwiedzający decydują o kolejności zwiedzania i o tym, co chcą zobaczyć. Zwiedzający, czyli dzieci. Stosujemy się do zalecenia z przewodnika, który dostajemy przy kasach i ruszamy. Zaczynamy od Lotty i ulicy Awanturników. Ulica jest tak realistyczna, że muszę się mocno rozglądać, czy Lotta nie wybiegnie gdzieś zza rogu.


Największe wrażenie zrobiły na nas przedstawienia w teatrach pod chmurką. Park jest podzielony tematycznie i bez trudu trafimy na Czerwcowe Wzgórze, do Bullerbyn i Katthult. Wszędzie, gdzie odbywają się przedstawienia, miejsce dla publiczności jest wypełnione po brzegi i trudno jest znaleźć wolny kawałek na ziemi, dlatego warto przyjść wcześniej albo opracować „plan dnia” z uwzględnieniem godzin rozpoczynania się przedstawień, by nie przegapić tego, co najbardziej nas interesuje. Można też oczywiście trzymać się zasady całkowitej spontaniczności. Przedstawienia odbywają się po szwedzku, ale nie ma to większego znaczenia, naprawdę „rozumiemy się tu bez słów”. Na początek trafiamy na Madikę i opowieść o wszach. Zaskoczyła mnie dbałość o detale, kostiumy, wszystko niby proste, ale starannie przemyślane, dopracowane. Po zakończonym spektaklu dzieci mogą wejść na scenę i za kulisy, obejrzeć sobie dekoracje, zajrzeć na piętro domu na Czerwcowym Wzgórzu, a nawet uściskać się i sfotografować z dziewczynkami. Dzieci grające w przedstawieniach są uczniami miejscowej szkoły, wyłonionymi w castingu. Udział w spektaklach to często ich pierwsza wakacyjna praca.




Bardzo spodobał nam się zamek Mattisa, żaden tam plastikowy zameczek, ale prawdziwa twierdza z kamienia. By tam dotrzeć, wchodzimy do Lasu Mattisa, przebiegamy przez Wilczą Pułapkę (dzieci obowiązkowo krzyczą, żeby sprawdzić, czy polecą kamienie) i udajemy się na zamek, żeby zająć miejsca. Na zamku obejrzeliśmy w sumie dwa przedstawienia, przy czym to ostatnie uznajemy za najlepsze. W każdym miejscu jest granych kilka przedstawień w ciągu całego dnia, a każde opiera się tematycznie o inny fragment książki, jakąś inną historię. Zostaliśmy zaskoczeni efektami specjalnymi, nastrojem, pojawieniem się Staruchów, Wietrzydeł i Pupiszonków. No i dawno już nie padał na nas w lipcu śnieg! A poniżej Ronja i jej skoki przez Diabelską Czeluść. No właśnie, to miejsce w zamku to jedyna rzecz, do której mogę się „przyczepić”, dzieci poczuły się rozczarowane, że nie mogą tak same poskakać, ponieważ Czeluść jest zamykana przez obsługę na czas między przedstawieniami.




Nie byłoby tego parku bez jego głównej bohaterki, czyli Pippi. To ona ściąga tu największe tłumy. Uzupełniamy nasze straty energetyczne w restauracji położonej blisko Willi Śmiesznotki i Morza Południowego, na którym cumuje łódź piratów i ruszamy na dalsze zwiedzanie. A przed nami zabawa w „nie dotykać podłogi” i inne atrakcje. Mimo dużej ilości zwiedzających w parku panuje wzorowy porządek. Jest też wiele miejsc, w których można usiąść, urządzić sobie piknik, wypić kawę albo ochłodzić się lodami.





Lejący się z nieba żar rośnie, chronimy się więc na objazdowej wycieczce po wyspie Saltkråkan, jemy kolejne lody i pędzimy do niedawno otwartego Katthult, gdzie czeka już na nas urwis w granatowej cyklistówce. Mamy szczęście, bo załapujemy się na przedstawienie o tatusiu zamkniętym w trisbudce. I znowu jest masa śmiechu. Po przedstawieniu Emil i jego siostra Ida ochlapują nas wodą.




Zbliża się godzina 18 i czas opuszczać park. Mijamy księgarnię, do której nie mamy siły już wstąpić, choć wiemy, że warto, chociaż popatrzeć… Następnym razem, następnym razem!
bliża się godzina 18 i czas opuszczać park. 

10 komentarzy:

  1. Świetnie,świetnie. Od godziny klikam na Twoim blogu F5:)) I doczekałam się;))Dziękuję pięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę bardzo! Mam nadzieję, że zachęciłam:)

      Usuń
  2. Cudownie! Jak bardzo chciałabym tam dotrzeć. Uroczo, wspaniale. Niezwykłą mieliście wycieczkę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie tam było, nic dodać, nic ująć. I jeszcze mieliśmy szczęście z pogodą, naprawdę dopisała. Dodatkowo polecam obejrzenie trzech zagród w Bullerbyn, tych które zagrały w filmie. Tam to dopiero jest raj na ziemi...

      Usuń
  3. Właściwie nie wiem dlaczego mnie nagle wzięło na tę Szwecję, skoro w tym roku jedziemy w Tatry;))
    Specjalnej zachęty nie potrzebuję, raczej podpowiedzi. Będę pytać.
    Dobranoc!

    OdpowiedzUsuń
  4. ale cudowne te zdjęcia i podróż bajeczna! Napatrzeć się nie mogę! Ach.....:))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję :)