niedziela, 28 kwietnia 2013

Rozmowy z dziećmi. Kazania niecodzienne, ks. Józefa Tischnera



Msze święte dla dzieci, zwane też mszami dla przedszkolaków. Znacie? Muszę przyznać, że przez długi czas naprawdę ratowały nam życie, a teraz patrzę na nie już tylko z sentymentem, od czasu kiedy przenieśliśmy się na te całkiem dorosłe. Przed oczami staje mi nasz ksiądz Andrzej, wychodzący z mikrofonem do dzieci i gawędzący sobie z nimi na stopniach ołtarza. I gdzieś obok widzę moje dziecko, leżące na brzuchu w głównej nawie, z resorakiem albo innym ustrojstwem w ręce, słuchające jego kazania… Myślę, że to musiało być trudne, spacyfikować biegające i pełzające po kościele dzieci, skłonić je do słuchania. Był to też sprawdzian dla księdza, egzamin z cierpliwości... Niewielu udaje się zdać go z dobrym wynikiem.

Nasze msze dla przedszkolaków przypomniały mi o książce z kazaniani dla dzieci w wykonaniu księdza Józefa Tischnera, w opracowaniu Wojciecha Bonowicza. Tischner był prekursorem, pierwszym księdzem, który głosił kazania dla dzieci. Na swoje msze zawsze zabierał misia, Bartka. To jemu i dzieciom ksiądz tłumaczył Ewangelię. Po kazaniu Bartek siadał na kolanach ktoregoś z dzieci i pozostawał tam do końca mszy. To wszystko działo się czterdzieści lat temu (cztery pierwsze zamieszone w książce kazania, a nie zachowało się ich wiele, pochodzą z 1978 roku) w kościele Świętego Marka w Krakowie, więc tamte dzieci są już dziś całkiem dorosłe. Ksiądz Tischner głosił swoje kazania dla najmłodszych przez dziesięć lat. Sześć z nich zarejestrowano, z czego tylko pięć było kompletnych. Po latach materiał został przesłuchany, oczyszczony i zredagowany. Tak powstała książka.

Zastanawiam się, czy trudno jest mówić kazania dla dzieci. I myślę, że trudno, zwłaszcza że, że dziecko jest słuchaczem niecierpliwym, wiercącym się, przeszkadzającym i wymagającym. A jednak dziecięce dygresje i "przeszkadzajki" są siłą kazań księdza od filozofii. Pierwsze katechezy w jego wykonaniu są tak naprawdę rozmowami z dziećmi. Takimi, przy których wiele razy zaśmiałam się głośno. Dzieci są szczere i wiele razy zaskakiwały księdza, który rozmawiał z nimi, słuchał, co mają do powiedzenia. Wynikały z tego różne zabawne sytuacje. Świetne są te dialogi, podziwiam księdza Tischnera za jego opanowanie, refleks i wielką sympatię dla dzieci. Za jego powagę i mówienie serio, chociaż do dzieci.
  
Opracowanie: Wojciech Bonowicz

Wydawnictwo Znak, Kraków 2010 

2 komentarze:

  1. My też mamy swoją Mszę dla przedszkolaków. Zmieniają się kapłani, koncepcje, formy ewangelizacji, ale my przychodzimy z kolejnymi dziećmi, bo warto dać im coś więcej. To procentuje. Mnie też rodzice w dzieciństwie zabierali na Msze dla przedszkolaków i popołudniową katechezę w salce parafialnej. Do dzisiaj wspominam to z nostalgią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z dzieciństwa pamiętam msze "dla dzieci", tych "przedszkolnych" nie. Różne były te kazania wtedy, myślę, że ksiądz przydzielony do tego zadania musi mieć w sobie to "coś", dużą charyzmę, no i zwyczajnie lubić rozmowy z dziećmi. Moje dzieci załapały się na świetnego księdza. Na tych mszach fajnie mogły przeżyć cały kościelny rok, z dużym zrozumieniem dla tego, co się aktualnie dzieje. Bardzo to ceniliśmy jako rodzice. Teraz to już za nami, zmiana parafii, a i same dzieci podrosły i w naturalny sposób podnieśliśmy im poprzeczkę.

      pozdrawiam:))

      Usuń

Dziękuję :)