wtorek, 5 lutego 2013

Maska lwa, Margarity del Mazo




Gdzieś daleko w głębi sawanny, w cieniu starej akacji urodził się pewien lew. Był jeszcze mały, bo takie rodzą się lwy: nie mają grzywy, nie mają zębów… Pił dużo mleka i powolutku stawał się większy. Chociaż był mały, Tata Lew uważał, że jest duży i silny jak on. Patrzył na niego z dumą i mówił:
- Będziesz prawdziwym Królem sawanny!

Tak zaczyna się powieść, która w środku zimy pobudziła nas do życia swoimi energetycznymi, nasyconymi kolorami, ogrzała nasze serca swoją ognistą czerwienią i przy okazji dała do myślenia. To opowieść, po którą powinni sięgnąć wszyscy rodzice, oczekujący narodzin dziecka, wyobrażający sobie, jak będzie wyglądać, do kogo będzie podobne i kim będzie, kiedy już dorośnie. Tata Lew także ma takie wyobrażenie, wizję, pragnie, żeby jego syn został królem sawanny, godnym następcą tronu, nieskromnie rzecz ujmując, wierną kopią jego samego. W lwim świecie takie marzenie to zupełnie to samo, co nasze pragnienie wysłania dziecka na medycynę albo do innej placówki, która zapewni mu odpowiednie zajęcie i umożliwi tak zwany dobry start. Mały lew przychodzi na świat, na którym czeka na niego dobrze przygotowane, porządnie uklepane miejsce. Jest wyczekanym, obdarzonym wieloma oczekiwaniami dzieckiem, nie przypadkiem przecież jest synem samego króla zwierząt. Warto zwrócić uwagę, że jego mama pojawia się w tej opowieści tylko raz, widzimy ją na zaledwie jednej ilustracji, w chwili czułych pieszczot, pełnego radości uniesienia i matczynego szczęścia płynącego z faktu, że lwiątko po prostu jest. I nic poza tym się nie liczy. Co innego tata. Tata kocha bardziej pragmatycznie, kocha za to, kim lwiątko się stanie, na ile spełni pokładane w nim oczekiwania. A kim będzie, to również wiadomo, kim innym mógłby zostać, jeśli nie królem sawanny? Niestety, życie bywa nieprzewidywalne i pojawia się problem, ponieważ malec nie potrafi warczeć, ani siać postrachu wśród innych zwierząt, a co gorsza przyjaźni się z zebrami i za dużo się śmieje. Tak to się bawić nie będziemy, stwierdza przytomnie ojciec i składa zamówienie na maskę. Lekką jak piórko, zimną jak nienawiść i czerwoną jak furia. Maskę, dzięki której wszystko będzie szło zgodnie z planem... Znacie to? Czy nie brzmi to znajomo? Książka pokazuje, że tata lew drzemie w każdym z nas. Jest ostrzeżeniem, ale również zachętą, by pozwolić dzieciom żyć po swojemu, często wręcz na przekór naszym o nich wyobrażeniom; by respektować ich prawo do wyborów i po prostu cieszyć się, że są. Jedyne i  niepowtarzalne, wielkim cudem nasze. W przeciwnym razie pozbawimy je radości życia, unieszczęśliwimy. Niektóre maski zdejmuje się z wielkim trudem... 

Wydawnictwo Tako, Toruń 2012
Ilustracje: Paloma Valdivia


1 komentarz:

  1. Piękna opowieść. A kolory rzeczywiście jak znalazł na aktualną aurę:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję :)