niedziela, 24 lutego 2013

Królowa Śniegu, Hansa Christiana Andersena



Za oknem śnieg. Zima nie odpuszcza. Grzejemy się w ciepłym domu. To dobry moment, by sięgnąć po tę najbardziej zimową z lektur, zwłaszcza, że doczekała się nowego wydania i nowych ilustracji.

Wychowałam się na wersji najbardziej chyba znanej, znajdującej się w tomie baśni z samą Królową na okładce, otuloną futrem, siedzącą w olbrzymich saniach. W wersji przetłumaczonej przez Stefanię Beylin i narysowanej delikatną kreską Szancera. "Królowa Śniegu" to nie była moja ulubiona baśń Andersena, ale jedna z tych, które pozostawiają ślad w pamięci. A takie było dla mnie wspomnienie  strasznych okruchów z rozbitego lustra, wirujących po świecie, gotowych utkwić w czyimś oku albo sercu. I narobić szkody. Moje dzieci przygodę z "Królową Śniegu" rozpoczęły od współczesnych wydań, które także mnie pozwoliły uwierzyć, że poza Szancerem, który wypełniał moje dzieciństwo, istnieje coś jeszcze, inny sposób na pokazanie tematu. Pierwszym wydaniem, po które sięgnęliśmy, było to w odświeżonym tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej, z ilustracjami Flemminga B. Jeppsena, które przypadły nam do gustu, drugie zaś, tej samej tłumaczki, namalowane przez naszą rodzimą malarkę, Elżbietę Wasiuczyńską. I tu również olśnienie, zupełnie nowe spojrzenie na Andersena, niezwykle poetycka impresja na temat tej samej, starej baśni. I wydawałoby się, że powiedziano już wszystko, kiedy ukazało się kolejne wydanie, tym razem z ilustracjami ukraińskiego ilustratora, Vladyslava Yerki, w przekładzie Franciszka Mirandoli. Jest to dowód na to, że o książkach można mówić bez końca i że każdy może odbierać je i przeżywać po swojemu.

Poszperałam trochę w poszukiwaniu informacji na temat Yerki i z dużym zaskoczeniem odkryłam, że jest autorem ilustracji do ukraińskiego wydania Harry’ego Pottera. Jego „Królowa Śniegu” to siłą rzeczy opowieść bardzo rosyjska, czerpiąca z folkloru i tradycji. Wystarczy spojrzeć na ilustracje, aż kipią od iście carskiego przepychu, bogactwa, rozmachu, zebranych przedmiotów, zdobionych czajniczków, nakręcanych zabawek, pieców kaflowych, w których trzaska ogień. To samo wrażenie odnosi się patrząc na sposób pokazania świata zewnętrznego, przyrody i zimy. Dzieci zjeżdżające na saneczkach, łyżwiarze ślizgający się po zamarzniętym jeziorku w sercu miasteczka - te obrazy mimo woli kojarzą się z carską Rosją. Cały przepych jest tutaj na granicy kiczu, tego, co jesteśmy w stanie zaakceptować w książce, ale i nie razi. Szancer i Jeppsen wyróżniali się skromnością, powściągliwością, wyobraźnia Yerko pełna jest kolorów, ornamentów. Potęguje to błyszczący papier, na którym wydano książkę. Szkoda, że nie zdecydowano się na bardziej matowy. Same ilustracje są może trochę zbyt wyidealizowane, ale miło jest na nie patrzeć. To ciekawe i inne spojrzenie na Andersena, właśnie z innej strony. Przy okazji zaczęłam się zastanawiać, jak ilustruje się Andersena w innych, zupełnie odległych częściach świata. Ciekawy temat do poszukiwań.

Wydawnictwo M, Kraków 2012

Ilustracje: Vladyslav Yerko


10 komentarzy:

  1. A jak oceniasz to tłumaczenie? Przeglądałam to wydanie w księgarni i coś mi nie grało z tekstem. Odłożyłam. Ilustracje robią wrażenie. Na moich dzieciach (które przed chwilą zaglądały mi przez ramię) też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tłumaczenie ogólnie w porządku.
      Czasami coś mi się nie podobało, na przykład w zdaniu: "Pewnego dnia wpadł w świetny humor, zrobił bowiem lustro, które posiadało tę właściwość, że wszystko dobre i ładne, co się w nim odbijało, rozpływało się na nic" (str.3). To określenie "rozpływało na nic" jest mało udane dla mnie. U Sochańskiej jest lepiej "... co dobre i piękne, to niemal w nim nikło".
      Dalej w tekście pojawia się jeszcze dość przestarzałe określenie:
      "Dzieci trzymały się za ręce, całowały róże, patrzały w jasne słońce" (str.6). Porównałam u Sochańskiej, tam jest decydowanie bardziej współczesne "patrzyły". Poza tym raczej dobrze, w każdym razie nic więcej nie zauważyłam.
      No i Kaj znowu jest Kayem, jak u Beylin.

      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Dziękuję. W takim razie cieszę się, że to wydanie się broni. Szkoda by była, gdyby zalety kończyły się na ilustracjach.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja jestem tą książką oczarowana - ilustracjami, bo tekst to oddzielna historia. I uważam, że tutaj Andersen jest trochę w cieniu Yerki, że ilustrator przyćmił go, że dał małe dzieło sztuki. Ja siedziałam bardzo długo przy każdej z ilustracji i Majka też śledziła szczegóły z zainteresowaniem. Piękne wydanie, magiczne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, masz rację, ilustracje są tutaj zdecydowanie przed tekstem. Inaczej niż w poprzednich, wspomnianych przez mnie wydaniach, gdzie były dopowiedzeniem tekstu albo na równi z tekstem. Dla mnie ta książka jest interesująca, ponieważ pokazuje, że nie ma jednej metody ilustrowania Andersena. Dobrze, że jest różnorodność.

      Usuń
  4. Jakie bogate ilustracje! Ciekawe wydanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można im się długo przyglądać, to prawda. Moją ulubioną jest ta na samej górze. Tapety w róże, pięknie zdobione kafle na kominku, wszystkie naczynia i przedmioty domowe- nożyczki, poduszeczka na igły, pojemniczki do przechowywania, przypomina mi się dom mojej babci.

      Usuń
    2. PS Patrząc z kolei na zabawki, niektóre naprawdę wyjątkowo piękne, pomyślałam o Twoim blogu:)

      Usuń
  5. A ja jestem z frakcji miłośników ilustracji Wasiuczyńskiej. Dlatego Yerko spokojnie odłożyłam na księgarniany regał;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. M. czytała wersję w ilustracjami Wasiuczyńskiej do szkoły, jako lekturę. Bardzo jej się podobały, choć równolegle oglądaliśmy sobie inne, zgromadzone w domu, dla porównania.
      Ja czytam sobie teraz "Andersena. Życie baśniopisarza" Jackie Wullschlaeger. Bardzo ciekawa biografia.

      Usuń

Dziękuję :)