piątek, 15 lutego 2013

Chester, Melanie Watt


Z Melanie Watt poznaliśmy się już jakiś czas temu, a wszystko za sprawą książki o Wiewiórze Wystrasznym, neurotycznym, lękliwym zwierzaku, żyjącym w zaciszu swojego dębu, według pięknie rozpisanego harmonogramu każdego dnia, obawiającym się wszystkich możliwych zmian i czających się dookoła niebezpieczeństw. Wiewiór, który przypomina bohaterów filmów Allena w wydaniu dla dzieci, ze wszystkimi swoimi fobiami, obsesjami i lękami,  zostaje pewnego dnia rzucony w paszczę budzącego jego najgorsze obawy świata wraz z jego mieszkańcami. Kot Chester, który do tej pory wymykał się nam jakoś bliższemu poznaniu, to całkowite przeciwieństwo strachajły z tamtej książki. Chester nie boi się niczego. To on nadaje ton opowieści i bierze los, przepraszam, flamaster, w swoje łapki.

Dawno już nie śmialiśmy się tak głośno podczas czytania, ubawieni humorem i pomysłem na książkę. Historia rudego kociska zaskoczyła nas od pierwszej, pobazgranej na czerwono strony, a potem już było tylko coraz weselej. Bo tak naprawdę autorów jest w tej książce dwóch. A cały dowcip polega na tym, że uwagi Chestera, naniesione czerwonym pisakiem, niweczą koncept Watt, która zamierzała przecież opowiedzieć nam o pewnej myszy. Zadurzony w sobie, wpychający się między autorkę i kartkę papieru Chester, do końca walczy o palmę pierwszeństwa i ostatnie słowo w tej opowieści, zmieniając bez skrupułów jej bieg, dorysowując to i owo, tu i ówdzie, kreśląc i dopisując, ile wlezie, zamieniając wyrazy na ich angielskie odpowiedniki i nieustannie komentując, nie szczędząc  przy tym swych docinków. Bla, bla, bla! Przyznam, że w pierwszej chwili miałam problem z czytaniem tekstu, zanim załapaliśmy w czym rzecz. Trudno było wytłumaczyć, gdzie kończy się Watt, a zaczyna Chester. Znakomitym rozwiązaniem okazało się czytanie z podziałem na role. Dziecko okazało się urodzonym Chesterem.

Książka zaskakuje i śmieszy zwrotami akcji, które wynikają z „dialogu” obu autorów, ich przepychanek i ciągłego odbijania piłeczki. Obdarzony niezłym tupetem Chester wywraca pisarskie plany Watt do góry nogami, dzięki czemu powstaje całkiem nowa opowieść. Uwielbiam jego komentarzyki, zadufanie w sobie i próżność, kiedy rozbija pomysł na opowieść o myszce w drobny mak i wypełnia karty książki historią o sobie samym. Na szczęście Watt nie pozostaje mu dłużna, o nie. To zniesławienie, obraza i zniewaga osobista... Chester burzy, ale i tworzy, a my chichoczemy do ostatniej stronniczki. Notka o autorce, znajdująca się na końcu, opatrzona jego uwagami – bezcenna! Trudno nie lubić Melanie Watt za jej poczucie humoru i dystans do siebie. Do książki dołączone jest polsko-angielskie memo, z Chesterem w roli głównej, oczywiście!
  

Wydawnictwo M, Kraków 2010



2 komentarze:

  1. Chester u nas od kilkunastu miesięcy na wierzchu:)) Na początku czytałam z palcem - więc młodszy wiedział kto tym razem się wypowiada. Szybko zaczął wygłaszać z pamięci a potem czytać odpowiednie fragmenty. Szkoda, że nie wydano kolejnych części!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, też miałam ochotę na więcej...

      Usuń

Dziękuję :)