piątek, 16 listopada 2012

Tajemnica galopu, Martina Widmarka



Lasse i Maja znowu w akcji! Najnowsza część przygód dwójki nieustraszonych detektywów ze szwedzkiego Valleby znajdzie się wkrótce w naszym mikołajowym bucie, tymczasem jednak pozwoliłam sobie w tajemnicy (tytuł zobowiązuje) przed dziećmi zajrzeć do środka i podejrzeć z jakim nowym zadaniem przyjdzie zmierzyć się młodym bohaterom. Tym razem akcja książki przenosi się na tor wyścigów konnych, do miejsca, gdzie odbywają się gonitwy, gdzie obstawia się zwycięzców i przyjmuje zakłady. Czujecie już na skórze dreszczyk emocji?

Nie mieliśmy dotąd okazji, żeby uczestniczyć w prawdziwych wyścigach konnych, ale myślę, że jest to przeżycie nie lada, tym bardziej, że każdy może coś wygrać albo stracić. Jest to też wydarzenie prestiżowe. Wiecie na przykład, że kiedy w Australii odbywa się słynne Melbourne Cup jest to dzień wolny od pracy? Niedaleko naszego domu jest niewielka stadnina, więc okazji do kontaktu z końmi mamy sporo. A to narodziny źrebaczka, a to Hubertus i pogoń za lisem, a to znowu zawody w skokach przez przeszkody. Nie brak również okazji do nauki jazdy pod okiem instruktora. Moje dzieci wiedzą, jak pachną konie, a w swoich kieszeniach często mają jabłka albo marchewki dla któregoś ze swoich ulubieńców. A jak jest w Valleby?

„Tajemnica galopu” przenosi nas w świat wyścigów i sportowej rywalizacji, nie zawsze uczciwej. No bo jak wytłumaczyć fakt, że w trakcie gonitwy jeden z typowanych pewniaków niespodziewanie zasypia na torze, inny z ledwością odrywa kopyta od jego nawierzchni, innemu jeszcze odrywa się strzemię, a laur zwycięstwa przypada w udziale najmniej doświadczonemu koniowi i dosiadającemu go jeźdźcowi? Na to pytanie pomogą nam znaleźć odpowiedź Lasse i Maja. Przy okazji będziecie mogli przekonać się, że wielkie pieniądze nie zawsze sprzyjają uczciwej grze i zasadom fair play, mogą natomiast przewrócić w głowach. W ostateczności jednak, jak to często w sporcie bywa, nigdy nie wiadomo, który koń pierwszy dobiegnie do mety.

Często zastanawiałam się na czym polega fenomen tej serii, na której nowe części dzieci czekają z taką niecierpliwością. I tak sobie myślę, że na to zwycięstwo pracuje kilka czynników. Po pierwsze są to bohaterowie z krwi i kości. Po drugie jest to zamknięta przestrzeń małego miasteczka, w której z pomocą załączonej mapy szybko można poczuć się jak w domu. Po trzecie jest to intryga i zagadka zawarta w tekście, którego uzupełnieniem są kapitalne ilustracje. Najbardziej jednak przekonuje mnie zaufanie, jakim autorzy obdarzają młodego czytelnika, który sięga po te książki. Wiara w jego intelekt, zdolność dedukcji, chęć poszukiwania prawdy.

Wydawnictwo Zakamarki, 2012



3 komentarze:

  1. cieszy mnie myśl, że tyle jeszcze tytułów przed nami, choć równocześnie ubolewać będę pewnie nad każdą nowością tego Wydawnictwa dla maluchów, bo przecież córa będzie za duża! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Olgo, no właśnie, dzieci rosną, ale przed Wami jeszcze sporo, więc nie martw się. Ja rzutem na taśmę kupiłam zerówkowiczowi Alberta, pewnie za kilka miesięcy bedzie już dla niego zbyt dziecinna, ale nie mogłam się oprzeć, no nie mogłam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja Zosia też przepada za tą serią, a i Rozalka podczytuje:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję :)