czwartek, 20 września 2012

Fonsito i księżyc, Mario Vargasa Llosy


W języku hiszpańskim prosić o księżyc to znaczy prosić o coś niemożliwego. U mnie w domu mówiło się o dawaniu komuś „gwiazdki z nieba”. Astralna terminologia dobrze wpisuje się w kosmiczne życzenia. Dla Fonsita, chłopca, który umierał z chęci pocałowania w policzek Nereidy, nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Zwłaszcza, jeśli chodzi o najładniejszą dziewczynkę w klasie, którą na dodatek bardzo się lubi.

Urzekł mnie klimat tej książki, z cudownym, kremowo- niebieskim księżycem w tle, utrzymany na granicy jawy i snu. Wieczorne niebo, ogromne chmury, ciemniejące w blasku chowającego się słońca trawy, światło księżyca wpadające do pokoju przez firankę. Nastrojowe ilustracje dobrze wpisują się w opowieść o sięganiu po to, co nierealne. Ślady odciśniętych stóp budzą we mnie skojarzenia z pierwszym krokiem człowieka postawionym na Srebrnym Globie (wtedy też wydawało się to niemożliwe).

Atutem tej wzruszającej książki, napisanej dla dzieci przez noblistę, jest jej prostota i uniwersalność. Można odczytywać ją jako opowieść o cudownych latach dzieciństwa, któremu towarzyszy magia i przebłysk niezwykłości. Można powrócić w niej do czasów, kiedy samemu było się dzieckiem i przypomnieć sobie, że marzenia się spełniają, warto więc marzyć. Można odnaleźć w niej wiarę, która przenosi góry. Można na nowo i z radością odkryć, że prawdziwe uczucie pozwala sięgać nie tylko po gwiazdy, ale i po sam księżyc.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję :)